prof. Edward Görlich

W laboratorium chemicznym

Profesor Görlich w czasie spotkania po latach z Ojcem Świętym

To już tak dawno, prawie pół wieku minęło, wspomnienia bledną, a to, co pozostaje, niekoniecznie jest esencją dawnych doznań, często są to, wynikające chyba z nieznanej funkcji podświadomości, wyrywkowe błyski mało nieraz ważnych, jak się wydaje, jednostkowych zdarzeń, słów, nawet spojrzeń. Okupacja! Czy to był tylko świat grozy? Myślę, że w środowisku młodej inteligencji krakowskiej, która znalazła się w ówczesnych "Ostdeutsche Chemische Werke", górował nieprzezwyciężalny optymizm, pewność, jeżeli nie tak rychłego, to jednak niezawodnego nadejścia wolności, z którą każdy wiązał swój własny, osobisty cel, a może i wielość celów, nie zawsze jasno sformułowanych. Pragnienie samorealizacji i ziszczenia odczuwalnych możliwości nadawało sens życiu. Dlatego nastrój wśród nas bywał, przynajmniej zewnętrznie, beztroski. Nie brakowało nawet różnych kawałów, powstawały mniej lub bardziej dowcipne wierszyki. Poza terenem fabryki odbywały się spotkania o charakterze bądź dyskusyjnym, bądź literackim, bądź naukowym. Były też wspólne wycieczki za miasto, pozwalające oderwać się od otaczającej niemieckiej obecności. Czy była to tylko lekkomyślność młodości, czy raczej wiara w przyszłość, lot nadziei przez ciemność ku światłu?

Nastrój w laboratorium, w którym pracowałem, był więc pogodny; choć nie brakło poważnych dyskusji, panował duży ruch i ożywienie. W nocy było inaczej, w laboratorium panował spokój, było czysto, ciepło, jasno, pozornie bezpiecznie. To sprzyjało bardziej refleksyjnym, głębszym rozmowom. To, że mogliśmy przeżyć okupację w takich, a nie innych warunkach, zawdzięczaliśmy w istocie dwóm sprawczym czynnikom. Po pierwsze prezesowi Solvaya w Polsce p. Kułakowskiemu, do którego trafiano przez różne życzliwe osoby, i który angażując młodą inteligencję do pracy w tej fabryce, uratował wielu młodych intelektualistów, a wśród nich, jedną z największych, jeśli nie największą z postaci współczesnego świata, obecnego Ojca Świętego, Namiestnika Chrystusa na Ziemi, Głowę Kościoła Rzymsko-Katolickiego i Państwa Watykańskiego. Drugim zbawiennym czynnikiem, umożliwiającym działanie prezesa Kułakowskiego, był międzynarodowy charakter kapitalistycznego koncernu Solvaya. Centrala w okupowanej Brukseli podtrzymywała ducha solidarności firmowej, umożliwiała też "zadekowanie" się Niemców związanych z firmą, w tym dyrektora krakowskiego Solvaya, dra Fšhla, który opłacał gestapo, aby przymykało oczy na "koncentrację" młodej inteligencji polskiej w zakładach Solvaya. W tym "koncentracie", a także wśród szerszych kół spoza fabryki, ale z nim związanych, nie brakło interesujących osobowości, potem wyróżniających się literatów i naukowców. Łączyła ich przyjaźń, czerpana ze wspólnego odczuwania radości życia w stanie ciągłego jego zagrożenia. Na tym tle pojawił się w laboratorium Karol Wojtyła, jako pracownik oczyszczalni wody kotłowej, przeniesiony tam z kamieniołomów, w których poprzednio pracował w Zakrzówku. Objaśniono mnie, że jest to student polonistyki UJ. Pracował ciężej niż my w laboratorium. Do jego obowiązków należało między innymi przynoszenie na oczyszczalnię, poprzez plac wewnątrzfabryczny, długości 100 lub więcej metrów, odczynników potrzebnych do "nastawiania", to znaczy przyrządzania roztworów służących do zmiękczania wody idącej na kotły w elektrowni fabrycznej, aby zapobiec osadzaniu się kamienia kotłowego. Do tych odczynników należała woda wapienna, którą robotnik Wojtyła nosił w drewnianych wiadrach, zawieszonych na nosidłach ("koromysłach"), obciążających jego barki. Prócz tego musiał przynosić worki z fosforanem sodu i sodą. Po "nastawieniu" roztworów i uregulowaniu ich kapania do wody zasilającej kotły, przynosił jej próbki w słoiku do kontroli do laboratorium, gdzie laboranci dokonywali odpowiednich analiz kontrolnych pozwalających stwierdzić, czy woda ma właściwy skład. Ponieważ miałem wówczas już ukończone studia chemiczne, choć nie miałem jeszcze dyplomu, studiując równolegle także geologię, nie pełniłem w istocie funkcji laboranta zmianowego, choć jako taki byłem zatrudniony formalnie, lecz funkcjonowałem w roli "asystenta" szefa laborantów, Antoniego Englota, a także otrzymywałem zadania bezpośrednio od kierownika laboratorium, dra Ernesta Pischingera, po wojnie profesora Uniwersytetu w Toruniu. Moja praca nie miała zatem bezpośredniego związku z pracą Karola Wojtyły. Zaglądałem niekiedy na oczyszczalnię wody w charakterze dorywczej kontroli, trafiając niekiedy na "szychtę" Wojtyły - ale rzadko, ponieważ preferował on zmianę nocną, a ja pracowałem w tym czasie na pierwszej zmianie. Z tych własnych kontaktów, z wypowiedzi laborantów i Englota, wiedziałem, że wszystkie kontrole zawsze potwierdzają, iż praca Wojtyły jest wyjątkowo odpowiedzialna, sumienna, wręcz skrupulatna, stąd był on tak ceniony przez szefa laborantów Englota. Charakteryzuje to ówczesny stosunek Wojtyły do pracy, jako wartości w życiu człowieka szczególnie ważnej. Częściej miałem możliwość rozmawiać z Wojtyłą, gdy oczekiwał w laboratorium na wyniki analiz wody, które miały zadecydować, czy potrzebna jest jeszcze jakaś korekta, czy dodana ilość odczynników zmiękczających była określona właściwie przez laboratorium. Skład wody, jej twardość były przecież zmienne. Młody człowiek, student dwudziestokilkuletni (1942-44) jakim był wówczas Wojtyła, młodszy ode mnie o sześć lat, traktował mnie z powagą, jak kogoś już po studiach, z powagą może nie zupełnie zasłużoną przeze mnie, byłem bowiem usposobienia raczej mało poważnego. Lubiłem jednak bardzo poważnie rozprawiać na tematy ogólnoprzyrodnicze, zgodnie z moimi dość szerokimi i niemal filozoficznymi zainteresowaniami. Widać było, że ten student polonistyki, humanista, spokojny, nawet skupiony, ale wyraźnie wewnętrznie intensywny, niewiele sam mówiący, jest w jakiś sposób zainteresowany sprawami nauk przyrodniczych, skoro pozwalał mi na dłuższe wywody i nawet mnie do nich zachęcał, nie ujawniając jednak własnych poglądów w tej materii. Wiedziałem oczywiście, że jest to człowiek bardzo religijny i sprawy religii traktujący bardzo poważnie. Po wykonaniu potrzebnych prac na oczyszczalni wody, gdy wszystko już szło normalnie, klękał na pokrytych dość grubą skorupą sody i innych odczynników żelaznej podłodze na piętrze oczyszczalni i modlił się. Wszyscy wiedzieli o jego pobożności. Sam o tym mówił, że w jego domu rodzinnym czytano na głos Pismo Święte. Podstawy swej pobożności wyniósł więc z domu. Z niezbyt wielu w sumie jego wypowiedzi w toku rozmów ze mną (raczej słuchał, niż zabierał głos), zorientowałem się, że jest to człowiek głęboki, że sprawy ducha przeżywa, wręcz nimi żyje, i że konstrukcja świata materialnego interesuje go w kontekście Dzieła Boskiego, a nie w oderwaniu od Pisma, jakby w przekonaniu, że prawda jest jedna, że nie może być podstawowej sprzeczności między Prawdą Objawioną, a mozolnie poszukiwaną prawdą nauk przyrodniczych. Nie mogło to nie zrobić na mnie wrażenia. Wydał mi się kimś szczególnie zasługującym na uwagę, wśród dość płochej naszej młodzieżowej grupy solvayowskiej. Zewnętrznie był to młodzieniec szczupły, wyższy ode mnie (co jednak nietrudno, bo mam 163 cm wzrostu), jednak raczej mocnej budowy, mimo że na pewno wychudzony pracą i bardzo skromnym jedzeniem w stołówce fabrycznej, w której także jadałem, osiągając nawet do 56 kg wagi. Jego kolegą ze studiów i przyjacielem był Juliusz Kydryński, wówczas pracujący na portierni fabryki. Jego to Wojtyła często odwiedzał w mieszkaniu na ulicy Felicjanek, a siostra Kydryńskiego opiekowała się jego ojcem w chorobie. Mieszkałem nie opodal na ulicy Retoryka, stąd zapewne za radą Kydryńskiego zwrócił się do mojej matki z prośbą, abym odebrał jego wypłatę, obaj bowiem, tj. Wojtyła i Kydryński pracowali na nocnej zmianie, a ja na dziennej. Dla pewności, bo było to jego jedyne źródło utrzymania, zostawił mi na biurku w pracy przypomnienie napisane ołówkiem na sączku laboratoryjnym, na wypadek, gdyby moja mama zapomniała mi o tym powiedzieć. To, że ten sączek zachowałem, jest dowodem, że nie zmyślam, że już wówczas oczekiwałem, że jego losy mogą się jakoś ciekawie potoczyć. Przytaczam jego treść (obecnie znajduje się w Muzeum w Wadowicach), ponieważ charakteryzuje ona autora, a jednocześnie stanowi dowód, że pracował na nocnych zmianach:

WP Görlich

Szanowny Panie Edwardzie!

Byłem wczoraj u Pana i prosiłem Pańskiej (o ile się nie mylę) Mamy, aby Pan zechciał podjąć moją wypłatę. W tej chwili jednakże przypominam się Panu z moją prośbą (mając na względzie ułomność umysłu ludzkiego, który łacno zapomina). Jeżeli Pan weźmie moją wypłatę, to może zechce ją Pan wręczyć młodemu Żukrowskiemu, który pracuje w warsztatach (do 13h), albo też zostawić ją zmianowemu w laboratorium, z popołudnia, to sobie o 22 h odbiorę od niego.

Wojtyła.

 

 

 

Odręczna notatka Karola Wojtyły do Edwarda Görlicha (ze zbiorów E. Görlicha)

Wojtyła pracował na nocne zmiany, bo wówczas mógł w spokoju modlić się i rozmyślać, gdy czas na to pozwalał. W jakiś sposób to, że to do mnie zwrócił się z tą drobną prośbą, sprawiło mi przyjemność. Nienagannie uprzejmy sposób sformułowania prośby - wreszcie zwykłej notatki jej literacka forma, a jednocześnie precyzja i dbałość o szczegóły, wreszcie i dyskretna a niezłośliwa, ale przecież pewna uszczypliwość, są to te same cechy, które nie uległy do dziś zmianie w Osobie Papieża Polaka. W 1985 roku w Castel Gandolfo, gdy dowiedział się, że jestem w grupie "pielgrzymów", rozpoznał mnie natychmiast po przeszło 40 latach i bardzo serdecznie przywitał, nie omieszkał jednak stwierdzić, że: "wtedy był pan na wyższym ode mnie stanowisku, bo umiał pan więcej chemii". To przecież ten sam człowiek po 40 latach z górą. W tym także przejawia się niezwykłość osoby Papieża, ileż to razy na ogół ludzie zmieniali się w tym okresie! Wojtyła był wówczas pryncypialny, pouczał (także mnie), że "należy żyć życiem, a nie nadużyciem życia!". Zasada prosta, lecz subtelna. Wojtyła odznaczał się męską, typowo polską urodą - co nie uszło uwagi niektórych panienek w fabryce, np. pracujących w stołówce. Próbowano pozyskać jego sympatię, przynosząc mu do pracy na oczyszczalni "wałówki", bardzo wówczas pożyteczne. Jednak powołanie było już ukształtowane, wybór dokonany. Pewnego dnia powiedział mi Wojtyła, że poświęci się kapłaństwu, a nie literaturze i że na tę decyzję miał wpływ charyzmatyczny garbaty krawiec z Dębnik. To było chyba moje ostatnie spotkanie z Wojtyłą w Solvayu, które utkwiło mi w pamięci, niewątpliwie dotyczące najważniejszego momentu w jego życiu. Niedługo potem zniknął Wojtyła z fabryki (sierpień 1944 roku). Podjęta przez niego decyzja okazała się błogosławieństwem dla Polski, a w istocie i dla całego Kościoła Rzymsko-Katolickiego - i nie tylko.

Görlich Edward - przed wojną absolwent chemii UJ, podczas okupacji laborant w laboratorium chemicznym fabryki Solvay w Borku Fałęckim pod Krakowem. Obecnie emerytowany profesor zwyczajny krakowskiej AGH.